Mój przyjaciel Złościsław - bajka terapeutyczna dla dzieci 8-12 lat



Środa była ulubionym dniem tygodnia Tomka. Lekcje kończył tuż przed południem, więc miał jeszcze mnóstwo czasu na zabawę. Po odrobieniu lekcji, rzecz jasna. Najpierw obowiązki, jak to mówi mama.

Tej środy Tomek wracał ze szkoły ze starszym bratem, Mateuszem, który wyjątkowo nie miał dwóch ostatnich lekcji. Po drodze Mateusz spotkał kolegów, którzy wybierali się właśnie pograć w piłkę. Mati nie zastanawiając się wiele wcisnął Tomkowi swój wielki, ciężki plecak i ruszył z kumplami w stronę boiska. Tomkowi wcale się nie uśmiechało taszczyć do domu dwóch plecaków. Już jego własny ważył ze sto kilo, a ten Matiego to chyba ze dwieście. Zrobiło mu się nieprzyjemnie gorąco w brzuchu i uszy mu poczerwieniały, ale tylko skinął bratu głową na pożegnanie i obładowany niczym wielbłąd ruszył w stronę domu.

Mijał kolejne bloki, przystanek autobusowy i sklepik, przystając co chwila ze zmęczenia i ocierając pot z czoła. Nagle zza jego pleców, ni stąd ni zowąd, wyskoczył chudy rudowłosy chłopaczek. 
- Cześć! - rzucił z nieśmiałym uśmiechem.
- Cześć, znamy się? - odpowiedział z wahaniem Tomek. 
- No właśnie nie bardzo, ale chyba czas to zmienić. Jestem Złościsław, dla przyjaciół Złościk, miło mi cię poznać, Tomku. - kontynuował sympatyczny rudzielec, zrównując krok z Tomkiem.
- Skąd znasz moje imię i dlaczego za mną chodzisz? To dość podejrzane... 
- Właściwie to chodzę za tobą od zawsze. Jakby ci to powiedzieć, no, tak jak cień. Po prostu jestem i już. Dobrze więc byłoby się w końcu bliżej poznać, nie sądzisz?
Tomek stanął jak wryty i zmierzył chłopaka od stóp do głów podejrzliwym wzrokiem.
- No nie wydaje mi się, żebym potrzebował ochroniarza, czy coś. Radzę sobie.
- Wiem, ale może mógłbym ci czasem pomóc? - uśmiechnął się zachęcająco Złościsław.
- Hmm... Poniesiesz plecak Matiego? - zapytał Tomek pełen nadziei.
- Nie mogę, to wbrew zasadom.
- No to słaby z ciebie kumpel. W takim razie wracaj tam, skąd przyszedłeś i nie zawracaj mi głowy.
Tomek zarzucił plecak brata na plecy, swój przewiesił z przodu i powlókł się dalej przed siebie. Chudy chłopaczek zniknął za rogiem. 
"Dziwne... - pomyślał Tomek. - Co to za zgrywus?"

Na kolację mama usmażyła tonę naleśników i humor Tomka zdecydowanie się poprawił. Nieoczekiwanie wpadł z odwiedzinami wujek Janusz - tęgi mężczyzna z sumiastym wąsem. Wujo jeszcze do niedawna miał zwyczaj tak mocno ściskać Tomka na powitanie, że ten nie mógł złapać oddechu. Teraz, gdy chłopiec ma już dziesięć lat, wujaszek wreszcie odpuścił z tym przytulaniem. Jednak na samo wspomnienie tych uścisków Tomkowi zrobiło się słabo. Wujek niepostrzeżenie znalazł się przy stole i usiadłszy między braćmi, ochoczo zabrał się za konsumowanie naleśników. Dorwał się do ulubionego dżemu Tomka i nałożył sobie na naleśnika ogromną porcję. Tomek z niepokojem rozejrzał się po stole i podsunął wujowi pod nos wielki słój dżemu malinowego, bardzo słodkiego i pełnego pestek. Produkcji babci, z tegorocznych malin. Miał nadzieję, że wujek zrozumie sugestię i zostawi mu resztę truskawkowego dżemu bez pestek. Tak się jednak nie stało i gdy wujek Janusz wyskrobywał ze słoiczka resztki truskawkowej konfitury, uszy i policzki Tomka zabarwiły się na czerwono, a jego zęby zacisnęły się, tworząc na buzi nieładny grymas. 
Nagle ktoś delikatnie szarpnął Tomka  za nogawkę spodni i spod stołu wydobył się nieśmiały głosik:
- Psst. Tomek, to ja, Złościsław. Wujo zjadł Twój ulubiony dżem! Calutki słoik!
Tomek strząsnął nogą rękę chłopaka ze swojej nogawki i przysunął się bliżej do stołu. 
- Mamo, już się najadłem. - rzekł ponuro Tomek - Mogę iść do pokoju?
- Przecież zjadłeś tylko jednego naleśnika! - odpowiedziała zatroskana mama.
- Odchudzam się, mamo.
Złościsław nie odpuszczał i znów złapał za nogawkę.
- Przecież to nie w porządku. Wujo nawet nie był zaproszony na kolację, a pochłonął cały truskawkowy dżem bez pestek! Twój ulubiony! - wyszeptał do Tomka.
- Schowaj się, siedź tam cicho i nie wtrącaj się. 
Złościk próbował wychylić głowę spod stołu, ale Tomek szybko przestawił krzesło, aby nikt z rodziny go nie zauważył.
- To nie w porządku, że muszę tam siedzieć... - odparł zirytowany Złościk.
- Ano musisz i pogódź się z tym. Przecież nie mogę się zezłościć na wujka, jak by to wyglądało? Mama mówi, że dla gości trzeba być miłym, a wujo to jej brat. Dopiero by była draka, gdybym się z wujkiem o dżem pokłócił. 
- I tak mnie będziesz tu trzymał, pod stołem? Całe życie w ukryciu? Myślałem, że będziemy kumplami...
- Wybacz, ale takie są zasady. Siedzisz tam i nikt cię nie może zauważyć, zrozumiano? - Tomek rzucił koledze spod stołu groźne spojrzenie.
- No jak tam sobie chcesz. Ale to nie jest najlepsza droga do przyjaźni, jeśli chcesz znać moje zdanie. Nie po to za tobą chodzę, żebyś mnie przed wszystkimi chował. Mówiłem ci już, że chcę pomóc. Powinniśmy współpracować.
- Chodź do pokoju. Tego dżemu z pestkami to ja na pewno jadł nie będę. Niech sobie wujo jeszcze dołoży, na zdrowie i smacznego... 
Głodny i zrezygnowany Tomek poczłapał do swojego pokoju, a strapiony Złościsław potulnie poszedł za nim.
Nie był to najlepszy dzień i Tomek nie mógł się już doczekać jutra, z nadzieją na szczęśliwszy rozwój wydarzeń. Zasnął szybko i śniły mu się bujne wąsy wuja Janusza umazane dżemem truskawkowym, tym bez pestek...

Czwartek zapowiadał się nie najgorzej, przynajmniej jeśli chodziło o pogodę. Bezchmurne niebo zwiastowało perspektywę spędzenia popołudnia na powietrzu. Po obiedzie do Matiego przyszli kumple. Jak zwykle mieli zamiar grać w piłkę, ale brakowało im jednego do drużyny, więc wyjątkowo zabrali ze sobą Tomka. Mateusz ma już 12 lat i rzadko zabiera ze sobą młodszego brata na boisko, więc Tomek chętnie skorzystał z nadarzającej się okazji. Pograć ze starszymi chłopakami to nie byle co!
Na boisku Tomkowi wlepiono rękawice i usłyszał od brata:
- Młody, idziesz na bramę.
 Nie była to ulubiona pozycja Tomka na boisku. Wręcz nie znosił stać na bramce. Poczuł napływające do uszu i na policzki ciepło i po chwili te części ciała pokryły się purpurą. 
- Nie chcesz bronić, prawda? - nagle przed Tomkiem pojawił się Złościk.
- Wcale a wcale! Nie chcę i nie będę! Zaraz im pokażę, co ja o tym myślę. - odpowiedział rozgniewany Tomek.
- Wolałbyś w ataku? Albo jako pomocnik? Może się później zamienicie? - zaproponował rudzielec.
- Z nikim nie będę się zamieniał! Zaraz im tą piłkę wykopię w kosmos! Albo zabiorę i wyrzucę! - głos Tomka był już podniesiony i drżący.
- Pogadajmy z twoim bratem. - zachęcił Złościk - na pewno uda nam się znaleźć kompromis. To, że jesteś najmłodszy wcale nie oznacza, że mogą tobą rządzić.
- Ej, Mati, sam sobie stań na tej głupiej bramce! Jesteś najgorszym bratem na świecie i masz niefajnych kolegów! - krzyknął Tomek, po czym zaczął uciekać z piłką, ile tylko miał sił w nogach. Kilku chłopców rzuciło się za nim w pościg. Tomek wybiegł z boiska i ukrył się za żywopłotem. Kiedy chłopcy zabiegli mu drogę z obu stron i nie miał już możliwości ucieczki, nie myśląc wiele przebił piłkę o wystający z ogrodzenia pręt. Z triumfującą miną, zaciskając pięści, uciekł do domu i zabarykadował się w swoim pokoju. "No to ładnie narozrabiałem... Mati mnie zabije!" - pomyślał, nakrywając głowę kołdrą i dodatkowo kocem, tak dla bezpieczeństwa. Złościmierz usiadł na skraju łóżka i położył mu chudą rękę na ramieniu.
- No narozrabiałeś chłopaku, bez dwóch zdań. 
- Ale to przez ciebie! To ty mnie podpuściłeś. Powiedziałeś, że wcale nie chcę stać na bramce. Bo nie chciałem! Więc im pokazałem... To wszystko twoja wina! - rozpłakał się Tomek.
- Ja bym to zupełnie inaczej załatwił. Ale nie chciałeś mnie słuchać. Albo mnie ukrywasz, tak jak wtedy pod stołem, albo zupełnie cię ponosi i nie chcesz ze mną współpracować. Jak mamy się zaprzyjaźnić?
- A po co mi taka przyjaźń? Same problemy mam przez ciebie... Wczoraj głodny poszedłem spać, a dziś czeka mnie awantura z bratem, poważna rozmowa z mamą i pewnie jakiś szlaban... A niech cię licho, Złościk...
- Ty tak naprawdę nie dajesz mi szansy. Zacznijmy naszą znajomość od początku. Ale tak prawidłowo, jak powinno być. Poznajmy się. Powiedz mi coś o sobie. - zaproponował Złościk.
Tomek otarł łzy i popatrzył ze zdumieniem na chłopaka. "A niech tam, co mi szkodzi"- pomyślał.
- Jak się już tak upierasz, to bardzo proszę. Więc jestem Tomek, dzień dobry, chodzę do czwartej klasy i lubię grać w piłkę. Zbieram guziki, mam ich całą kolekcję. Boję się pająków i innych robali. Chciałbym, żeby mój brat mnie traktował poważnie, a nie jak jakiegoś dzieciaka... W szkole najbardziej lubię w-f, a najmniej plastykę. Nie bardzo dogaduję się z dziewczynami i nie rozumiem czasem, o co im chodzi, ale nawet lubię taką jedną Olę z klasy... Bardzo chciałbym mieć akwarium z rybkami i psa. Psa, rzecz jasna, nie trzymałbym w akwarium. Lubię dżem truskawkowy, ale taki bez pestek... Teraz twoja kolej.
- Jestem twoją emocją i nazywam się Złość. Złościmierz, dla przyjaciół Złościk, możesz mnie nazywać jak chcesz. Jestem z tobą po to, aby cię chronić i o ciebie dbać. Pojawiam się przy tobie wtedy, gdy dzieje się coś czego nie lubisz i nie chcesz, kiedy ktoś ci dokucza, zabiera coś lub czegoś zabrania. Kiedy czujesz się niesprawiedliwe potraktowany. Kiedy ktoś cię do czegoś zmusza. Ale żebyś dobrze wyszedł na naszej znajomości, to musisz ze mną współpracować. Przede wszystkim, zaakceptuj mnie! Jestem po twojej stronie. Nie chowaj mnie. Ale też nie przedstawiaj mnie jako łobuza i nie pozwól się ponieść innym emocjom. Gniew i agresja nie mają ze mną nic wspólnego!
Tomek przyjrzał się uważnie rudzielcowi i zobaczył w jego oczach łagodny błysk. "Może faktycznie on nie jest taki zły?" - pomyślał. Podał mu rękę i powiedział:
- Więc od dziś przyjaciele? 
- Gramy do jednej bramki, chłopaku! Będzie fajnie, zobaczysz. Tylko pozwól mi być sobą i polub mnie takiego, jaki jestem. 

Od afery z piłką minął tydzień. Warunki zawieszenia broni między braćmi ustaliła mama. Tomek za własne oszczędności odkupił bratu piłkę, a Mati przez 3 dni nosił za młodego plecak szkolny. Chłopcy odkryli, że bardzo dobrze uzupełniają się na boisku - Tomek jako lewy pomocnik, a Mati na pozycji napastnika. Od tej pory bracia znacznie częściej wychodzili razem na boisko.

W weekend przyjechał wujek Janusz. Tomek do dziś nie wie, czy to mama daje mu cynk, że akurat będą naleśniki, czy też ma on jakiś dodatkowy zmysł i sam to wyczuwa. W każdym razie, sterta naleśników czekała już na stole, gdy wujo pojawił się w progu. Miał wyjątkowo dobry humor, a jego wąsiska unosiły się w szerokim uśmiechu. Tak się rozpędził z tej radości, że złapał Tomka i starym zwyczajem chciał go przydusić do swojego pękatego brzucha, robiąc mu jednocześnie "kokoska" na głowie. Złościsław tylko rzucił Tomkowi wymowne spojrzenie.
- Wujku, z całym szacunkiem, ale jestem już za duży na takie powitanie. Bardzo tego nie lubię. Ja generalnie nie przepadam za przytulaniem, a twoje wąsy strasznie łaskoczą. A jak mi robisz "kokoska" na głowie to mi się fryzura wichruje. No i czuje się wtedy jak jakiś bambik, a  to mnie strasznie złości. Ja mam już przecież dziesięć lat! Zdecydowanie wolałbym żółwika lub zwykły, męski uścisk ręki. 
Wuj Janusz zastygł z wyciągniętymi w stronę Tomka ramionami, wąsy mu opadły, a oczy zrobiły się wielkie jak pięć złotych. Spojrzał na mamę, później na Mateusza, po chwili wąsy zaczęły mu lekko drżeć i nagle parsknął gromkim śmiechem. Po chwili uspokoił się, wygładził wąsy i z ogromnym szacunkiem uścisnął dłoń Tomasza. Zadowolony z siebie Tomek puścił oko do Złościka. Tamten w odpowiedzi pokazał mu okejkę i porozumiewawczo się uśmiechnął. Ich współpraca zaczęła się układać nadzwyczaj dobrze.
-------------------------------------------------------------------
- Słuchaj, Złościk. Bo ja to czasami nie wiem co robić. Uciekł mi dziś autobus i wtedy się pojawiłeś. No wiesz, poczułem to, złość. Piekące policzki, zaciśnięte zęby, te sprawy. No ale z tym autobusem to już się nie dało nic zrobić. Nie mogłem powiedzieć kierowcy, żeby po mnie zawrócił. Nawet by nie usłyszał. Zresztą, tak naprawdę to ja wyszedłem z domu za późno. Gapiłem się na rybki. Wiesz sam jak to akwarium wciąga... Więc w zasadzie to ja się na ten autobus spóźniłem. Dlaczego ty wtedy przyszedłeś? Albo kiedy dzieciak przede mną w sklepie wziął ostatniego batona, na którego miałem ochotę. No przecież mu nie powiem, żeby oddał, bo może to też jego ulubiony. Czy mógłbyś się nie pojawiać w sytuacjach, na które nie mam wpływu?
- Pojawiam się zawsze, kiedy coś jest nie po twojej myśli. Po prostu bach, jestem. Nic nie poradzę. 
- To co ja mam zrobić, kiedy nic się nie da zrobić?
- Zawsze da się coś  zrobić. Można przejść jeden przystanek na pieszo i zmierzyć sobie czas. Albo poczytać książkę czekając na kolejny autobus. Albo zadzwonić do babci, wiesz jak ona się cieszy z twoich telefonów! A gdy ktoś ci zwinie sprzed nosa ostatni batonik - weź dla odmiany jabłko.
- No teraz to już cię fantazja poniosła, fuj...
- Albo spróbuj nowego batona, takiego, którego jeszcze nigdy nie jadłeś. Może stanie się twoim nowym ulubionym?
- No w sumie to ma sens... 
- Naprawdę nie chcę ci utrudniać życia. Po prostu kiedy nie możesz zrobić nic, żeby zmienić sytuację, w której się znalazłeś - zrób coś fajnego! Pobiegaj, postrzelaj gole do pustej bramki. Umiesz gwizdać? Nie skupiaj się wtedy na mnie. Jest tyle rzeczy, którymi możesz się zająć.
- Rozumiem. Po prostu sobie przychodzisz, żebym wiedział, że jesteś ze mną. 
- No tak, czasem tylko sprawdzam co u ciebie, bo jesteśmy  kumplami, pamiętasz?
- Nie dajesz mi o tym zapomnieć! 





Komentarze